^ powrót

Aktualności

Supermaratony 2017, część I

Tegoroczny cykl Supermaratonów już daleko za połową. Przed nami już tylko pięć imprez. A co działo się z nami na tych, które się odbyły?

No trochę się działo, choć inaczej, niż w ubiegłych latach. Z przyczyn, których jest zapewne wiele, w tym roku udział Szerszeni skupił się głównie na imprezach w Radkowie i w Łasku. Ale po kolei.

Ponieważ wysłanników redakcji nie było chyba na żadnym z maratonów, ograniczymy się tu tylko do krótkiej notatki, do wzmianki o sukcesach :) I tak, w Obornikach Wielkopolskich na podium...

 ♦ I miejsce: Tytus Czartoryski, na dystansie MEGA, w kategorii M7S.

Ale prawdziwy wysyp sukcesów nastąpił dużo później, na Pętli Stołowogórskiej. Tu na stopnie wspięli się:

 ♦ III miejsce, na dystansie GIGA, w kategorii M6S, zajął Edward Kuczmarz

A na dystansie MINI:

II miejsce w kategorii M1S: Patryk Śniegula

I miejsce w kategorii M3I: Marcin Rau,

II miejsce w tej samej kategorii: Sławek Forberger

I miejsce w M4I: Mariusz Gniado

I miejsce w M5I: Marian Przybylski

i III niejsce w M6I: Mirosław Miturski.


Wszyscy oni cieszyli się, świętowali (podobno nawet bardzo), a pozostali byli z tego dumni, że nasza koszulka klubowa eksponowana była kilka razy tego dnia.

W Choszcznie stawaliśmy na podium dwa razy:

 ♦ I miejsce zajęła Wiesława Prokopczyk, na dystansie MINI, w kategorii K5S,
 ♦ II miejsce zajął Tytus Czartoryski na dystansie GIGA, w kategorii M7S.

A potem był Łask i tam powtórka z rozrywki!

Gerard Skalski, miejsce III, MEGA, M5S,

Sławek Forberger, miejsce II, MEGA, M3I,

Mariusz Gniado, miejsce I, MEGA, M4I,

Marian Przybylski, miejsce I, MEGA, M5I,

Mirosław Miturski, miejsce III, MINI, M6I.


Brawo dziewczyno i chłopaki!


No i tak to było :) Pozostałe maratony w następnym odcinku, pewnie na koniec cyklu.


Zdjęcia z Radkowa: Elżbieta Cirocka, z Łasku: Krzysztof Lis.

Tropiciel 22, Czeszów (20 V 2017)

I nadszedł ten dzień, 20.05.2017. Dla jednych Szerszeni wiązał się ze startem w Klasyku Radkowskim, dla innych Szerszonków z Nocnym Rajdem Tropiciel 22, a dla dwóch specjalsów i z Klasykiem i Nocnym Rajdem (Mariusz i Sławek). Z racji uczestniczenia w tej drugiej imprezie, o niej to będzie kilka słów...

Zaczęło się od zbiórki o 22-ej na małej obwodnicy Trzebnicy. Wszyscy są prawie punktualnie, kolega Prezydent miał w planie też być o czasie, ale po opuszczeniu domu stwierdził, że nie ma światełek, więc podjął odważną decyzję i zawrócił. (Odważną, bo mocno podniósł poziom adrenaliny pozostałym, co to już zaczęli licytować się na pomysły, jak to wykorzystać praktycznie). A że czas naglił, do przejechania mieliśmy ok 25 km (Czeszów przez Koczurki), upiekło mu się. Już na miejscu, przed startem trwała jeszcze dyskusja, czy spóźnienie było o 9 min, czy 12. No chyba każdy przyzna, że to duże rozbieżności.

Po spełnieniu formalności startowych, wykonaniu fotki ku pamięci, o 24:00 mieliśmy start ostry, na minutę przed startem dostaliśmy mapę z podanymi punktami kontrolnymi. Jeden rzut oka i trzeba się decydować, gdzie jedziemy, a punkty są i pod Zawonią i w lesie skoroszowskim, i za Białymi Błotami i za Bukowinką pod Grabownem.

Decydujemy się na jazdę w stronę leśniczówki Złotówek. Tam w ramach zadania układanie klocków, jak z domina, ale jest ich bardzo dużo i jeszcze łatwiej się przewracają, a ma powstać wężyk z różnymi przeszkodami, i przewrócić się na wyraźny znak obsługi PK. Jakoś spełniliśmy to zadanie.

Potem jazda po lasach, szosach do kolejnych punktów. W jednym chodzimy po linie zbierając pieczątki, w innym trzeba poćwiczyć przysiady i biegi z plecakiem ratowniczym (ciężkim), w jeszcze innym ćwiczymy refleks i inteligencję, albo wiedzę medyczną, gdzieś trzeba było się wykazać siłą – wciąganie na linie klienta - dobrze, że był zamontowany bloczek.

I tak mijała godzina za godziną. w sumie uzbierało się nam 4 pełne i 50 min. Przejechaliśmy ok. 65 km. lepsi od nas 53 km (lepsza nawigacja?). Z danych rejestrowanych czas rzeczywisty jazdy 3,31 (lepszych 2,50), ale średnie podobne. Jakoś tak więcej czasu spędzaliśmy na PK, fajnie tam było.



Tomek

 

PS. I jest oczywiście galeria.

Kryterium (14 V 2017)

W połowie maja odbyło się w Trzebnicy piąte już Rodzinne Kolarskie Kryterium Uliczne. Rodzinność w tym wypadku oznacza odpowiednią trasę dla dzieci i dla wszystkich innych kategorii wiekowych. Najmłodsi mieli do pokonania 150 m, a kolarska elita ponad 27 km. My, będąc w wieku już nie dziecięcym, startowaliśmy na trzy okrążenia, sumujące się do dystansu 16,5 km.

Jeszcze nigdy dotąd nie braliśmy udziału w tej imprezie tak licznie i tak spontanicznie – zamiast na zbiórkę, poszliśmy się zapisać, wystartować i... i okazało się, że odebrać parę pucharków! Nie ukrywaliśmy radości tym bardziej, że to tak z biegu i tak u siebie :)

Trasa, jak to w Trzebnicy – górzysta: dwa podjazdy i parę jeszcze malutkich wypukłości terenu, a wszystko to skondensowane na krótkiej, szybkiej pętli. Dość powiedzieć, że najszybsi zawodniczy pokonywali 5,5-kilometrowe okrążenie w niewiele ponad 7 minut.
Po skończonej walce, na podium stanęli (tak, przedziały wiekowe trochę dziwne, ale takie były):

Wiesława Prokopczyk – III miejsce wśród kobiet, oraz w swojej kategorii wiekowej, a wśród mężczyzn, w poszczególnych kategoriach:

Patryk Śniegula – III miejsce w kategorii M16 (wniosek dyscyplinarny za brak koszulki klubowej na podium rozpatrzy specjalna komisja w najbliższy piątek wieczorem ;) ),

Marcin Rau – II miejsce w M19,

Marian Przybylski – II miejsce w M51,

Stanisław Szopa – III miejsce w M61.

Brawo my ;)

Cała galeria tu, a filmik tu.

PS. Kilka dni później, w Radkowie, ponownie kilku Szerszeni zostało udekorowanych, ale to w jednym z kolejnych odcinków :)

Śladami Żądła

1

Wiecie, że złożyliśmy żądła w szerszeniowym skarbcu i w tym roku nasza kolarska impreza się nie odbyła. Ale że duch w Szerszeniu nie ginie, to w tym roku nie tylko bierzemy udział w pozostałych maratonach, ale też postanowiliśmy jakoś sami dla siebie i niewielkiego grona przybyłych gości w tradycyjnym żądłowym terminie ożywić i wspomnienia i... zwyczajnie przejechać się drogami, które zwykle przemierzali zawodnicy uczestniczący w TMRze.

2
Organizacja znacznie skromniejsza, ale jednak nie była to akcja w stu procentach spontaniczna – już na starcie (wyłącznie honorowym) Mirek rozdał nam mapy. Powiecie – konfudujące... ależ nie! Wszystko wynika z zasad, anty-wyścigowych, bowiem każdy z uczestników mógł wybrać dowolną w zasadzie trasę, byle na mecie – czyli w Masłowcu – być nie wcześniej, niż o 13:30 :) Można więc było jechać powoli, lub gnać na złamanie karku, ale należało dobrać dystans do zamierzonej prędkości.


Nie upieramy się, że ta formuła się przyjmie, ale spełniła swoją rolę w tym przypadku :) w każdym razie na twarzy głównego animatora imprezy malowało się wyraźne zadowolenie!

3
Był też bufet z zupą, grillem, ciastem, kawą... słowem – wszystko, co potrzebne kolarzowi po kilkugodzinnej jeździe :)

5
W sumie śladami Żądła podążało tego dnia kilkadziesiąt osób, a wśród wspomnianych już na początku gości wymienimy dwóch, którzy zostali uchwyceni w obiektywie w okolicznościach w miarę sprzyjających: pana burmistrza Prusic – Igora Bandrowicza, który nie raz już był zamieszany w nasze imprezy, także jako zawodnik (!), oraz Andrzeja Smalca – człowieka “od zawsze” stojącego za maratonami w Radkowie i Zieleńcu. Była też skromna, ale jednak, reprezentacja innych klubów (GT RAT, KKS), oraz nie mniej znakomite Osoby Towarzyszące, bez których – co tu kryć – pewnie wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, albo i wcale by nie wyglądało! A wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody, oczywiście.

6

Dziękujemy!
PS. Obszerniejsza galeria tutaj.

Madera – rowerów się nie zabiera ;)

Tradycyjnie z nadejściem początku sezonu padło hasło wyjazdu na zagraniczny trening w ciepłe rejony Europy. Główny organizator eskapady zaproponował wyspę Madera (bo był już kilka razy, wiedział co i jak). Owym trenowaniem zainteresowało się czterech Szerszeni, zawsze to jakaś reprezentacja.

Z uwagi na terminy i proponowany plan zwiedzania, zapadła decyzja, że rowerów nie bierzemy. Wypożyczamy na miejscu. W ramach wyposażenia stroje, buty, akcesoria, pedały i narzędzia znalazły się w bagażu. Niezły procent masy całego ekwipunku, ale czego się nie robi dla prezencji!

Na miejscu, w naszej pięknej miejscowości, roweru nie uświadczysz, że nie ma wypożyczalni to wiedzieliśmy z internetu, a tu faktycznie nie ma, że w hotelu nie ma rowerów (a miały być), też się przekonaliśmy. Została nam opcja pożyczenia w miejscowości Fuchnal, po drugiej stronie wyspy (stamtąd mniej więcej jechaliśmy do naszego hotelu) w Sao Vicente, niby 40 km, a autobus, korzystając z masy tuneli autostradowych, ledwo dawał radę.

Nam by została droga na około – po przełęczach (autobus przejeżdża ją w 3 godz. wiem od przewodnika), więc opcja pożyczenia rowerów jakoś tak bez sprzeciwu... upadła. Ale samopoczucie z tego powodu nie. Już z okien autobusu widzieliśmy jakiego typu podjazdy przeważają, jakiej długości i mimo słonecznej pogody nie było żadnych rowerzystów. W sumie na tydzień pobytu widziałem ich 7 szt. (jeden na kolarce). Brak możliwości spalania kalorii na rowerze odbiliśmy sobie w inny sposób, ja pobiegałem każdego ranka, Zenek robił baseny :) ), Staszek planował popływać, a Marek uruchamiał co 5 min dżakuzi.

Każdy dzień był w sposób perfekcyjny zaplanowany pod kątem tego co będziemy robić, co oglądać, gdzie podejdziemy lub podjedziemy. Udało nam się zaliczyć najwyższą górę, zrobić treking ok. 5 godz. po cudownym szlaku, mocno wymagającym kondycji.

Byliśmy też zobaczyć osławioną Levadę (koryto z wodą), ale żeby nie było prosto i przyjemnie, poszliśmy jej szlakiem, w tunelem długości ok. 1000 m, gdzie idzie się w zupełnych ciemnościach bokiem nad korytem wody.

Zapobiegliwi mieli latarki – 2 szt na całą grupę, więc kilka obtarć czaszki było (najlepiej, nie wiem czemu, widocznych u Stasia). Z racji wysokich temperatur skorzystaliśmy z kąpieli w oceanie, żeby nie było.

Z całego pobytu mamy dwie fotki rowerowe, a dokładnie w naszych zabranych akcesoriach, na nic więcej się nie przydały. Naprawdę rowerów nie było.


Tomek