^ powrót

Aktualności

Madera – rowerów się nie zabiera ;)

Tradycyjnie z nadejściem początku sezonu padło hasło wyjazdu na zagraniczny trening w ciepłe rejony Europy. Główny organizator eskapady zaproponował wyspę Madera (bo był już kilka razy, wiedział co i jak). Owym trenowaniem zainteresowało się czterech Szerszeni, zawsze to jakaś reprezentacja.

Z uwagi na terminy i proponowany plan zwiedzania, zapadła decyzja, że rowerów nie bierzemy. Wypożyczamy na miejscu. W ramach wyposażenia stroje, buty, akcesoria, pedały i narzędzia znalazły się w bagażu. Niezły procent masy całego ekwipunku, ale czego się nie robi dla prezencji!

Na miejscu, w naszej pięknej miejscowości, roweru nie uświadczysz, że nie ma wypożyczalni to wiedzieliśmy z internetu, a tu faktycznie nie ma, że w hotelu nie ma rowerów (a miały być), też się przekonaliśmy. Została nam opcja pożyczenia w miejscowości Fuchnal, po drugiej stronie wyspy (stamtąd mniej więcej jechaliśmy do naszego hotelu) w Sao Vicente, niby 40 km, a autobus, korzystając z masy tuneli autostradowych, ledwo dawał radę.

Nam by została droga na około – po przełęczach (autobus przejeżdża ją w 3 godz. wiem od przewodnika), więc opcja pożyczenia rowerów jakoś tak bez sprzeciwu... upadła. Ale samopoczucie z tego powodu nie. Już z okien autobusu widzieliśmy jakiego typu podjazdy przeważają, jakiej długości i mimo słonecznej pogody nie było żadnych rowerzystów. W sumie na tydzień pobytu widziałem ich 7 szt. (jeden na kolarce). Brak możliwości spalania kalorii na rowerze odbiliśmy sobie w inny sposób, ja pobiegałem każdego ranka, Zenek robił baseny :) ), Staszek planował popływać, a Marek uruchamiał co 5 min dżakuzi.

Każdy dzień był w sposób perfekcyjny zaplanowany pod kątem tego co będziemy robić, co oglądać, gdzie podejdziemy lub podjedziemy. Udało nam się zaliczyć najwyższą górę, zrobić treking ok. 5 godz. po cudownym szlaku, mocno wymagającym kondycji.

Byliśmy też zobaczyć osławioną Levadę (koryto z wodą), ale żeby nie było prosto i przyjemnie, poszliśmy jej szlakiem, w tunelem długości ok. 1000 m, gdzie idzie się w zupełnych ciemnościach bokiem nad korytem wody.

Zapobiegliwi mieli latarki – 2 szt na całą grupę, więc kilka obtarć czaszki było (najlepiej, nie wiem czemu, widocznych u Stasia). Z racji wysokich temperatur skorzystaliśmy z kąpieli w oceanie, żeby nie było.

Z całego pobytu mamy dwie fotki rowerowe, a dokładnie w naszych zabranych akcesoriach, na nic więcej się nie przydały. Naprawdę rowerów nie było.


Tomek

Lodowisko

Środek zimy, słońce i biel, skrzący się śnieg (żartuję i nie pociągnę tego dalej). Dziś na tradycyjnej zbiórce okazało się, że wśród nas jest Jubilat, kończył fyfnaście lat i z tej okazji postanowił poświętować. A że kolarz, to na rowerze… Jakim cudem wiedzieli o tym ci, których od miesiąca i dłużej nie było na zbiórce (bo zimno, bo śnieg,  bo biegam), ja nie wiem, ale może to Nos? 

Masa (rój) wyruszył na świętowanie w zaciszu wsi Koniówko, oj ptaki wypłoszyły się od śpiewów dla i żartów z Jubilata.

Była propozycja wybrania trasy wzdłuż zamarzniętej rzeki, ale nasz naczelny Meliorant odradził zapaleńcom, stwierdzając, że na środku strumyka lód najcieńszy, a masa co poniektórych może przekroczyć dopuszczalny limit na m2 i kąpanie murowane. W opcji zaproponował trasę do daglezji (ma ją objechaną, bywa co drugi dzień, widać po wyślizganym śniegu), dalej śnieżnym duktem ruszyliśmy do Gruszeczki, tu nastąpił podział grupy na tych co wolą asfalt i tych co dalej po śniegu.

Co było na asfalcie nie wiem, w grupie "śnieżnej" wspomaganie w zwiększeniu przyczepności zaproponował Prezes, polewając eliksirem tym co byli z przodu (napiszę z satysfakcją). Do Trzebnicy dotarła cała grupa, co w nowym sezonie robi się tradycją i nie było taką oczywistością w poprzednich latach. Tu Jubilat zaprosił grupę na świętowanie w ostoi tradycji trzebnickich sportowców.

Tomek

 

PS. Galeria tu, a na Fejsbuku inne spojrzenie na tę samą przejażdżkę ;)

Pewnego razu w grudniu

Chcielibyśmy napisać, że jeździmy co tydzień, w każdą niedzielę. No ale to jednak nieprawda. Tym niemniej trudno nas zniechęcić. W szczególności nie zniechęciła nas pewna ponurość zeszłorocznej Barbórki. Mimo temperatury oscylującej gdzieś koło zera i nieba pochmurnego, na zbiórce stawiło się wielu Szerszeni, oraz osoby zaprzyjaźnione, łącznie 14 osób. Taką też bandą ruszyliśmy w teren!
 
 
Dość długo trzymaliśmy się razem, a nawet – o zgrozo! – czekaliśmy na tych, co gorzej radzili sobie na grudach zamarzniętej ziemi. W tak wielkiej zgodzie i przyjaźni dotelepaliśmy się przez Świątniki do Jaszyc.
 
 
No ale ileż można jechać w dół! Czas był więc na zwrot ku Cerekwicy, gdzie przez dość wyboiste miejscami polne dukty dotarliśmy... wciąż w jednej grupie.
Jazda pod wodzą Tomka zwykle oznacza minimum asfaltu, maksimum błota ;) Ale jednak czasem konieczne są odcinki transferowe po nawierzchni cywilizowanej. Po takie właśnie dotarliśmy do Sędzic. Lecz potem cywilizacja się skończyła.
 
 
Złośliwie można by pomyśleć, że tak – szosy z Sędzic do Czachowa nie można nazwać nawierzchnią cywilizowaną, jednak my po prostu czmychnęliśmy w pola. Na tym odcinku mieliśmy chyba najniższą średnią przelotową. Dlaczego? Widać to na załączonym obrazku. No ale czego się nie robi, aby miło spędzić niedzielę!
Takimi uroczymi drogami dotarliśmy do Radłowa. I tu szanujący się czytelnik powinien poczuć perwersyjnie przyjemne pieczenie w łydkach ;) Bowiem, choć nie na szosach i nie w sportowym tempie, to jednak wdrapaliśmy się owego dnia także na Prababkę. Asfaltem, nie na przełaj. Choć, skoro te słowa już padły i to publicznie, można się spodziewać, że Tomek poszuka dla nas drogi przełajowej na to kultowe wzniesienie :)
 
 
Na szczycie oczywiście fotka! A wkrótce potem grupa zaczęła się rozpadać. W sumie to cud, że aż 15 km przejechaliśmy razem ;) Tu jednak dwóch zawodników skręciło na Wrocław, a reszta zjechała do Tarnowca, gdzie podzieliła się po połowie. Jedni, przez Suchą Małą wrócili do domu, a inni, przez Zawonię, popedałowali na Niedary. W Zawoni było wciąganie bananów, po którym tempo jakoś tak wzrosło, że nie udało się już zrobić żadnego zdjęcia, a szkoda, bo dalszy odcinek był nie mniej satysfakcjonujący!
 
 
Z Niedar popędziliśmy lasami z powrotem do Jaszyc i – już spokojnie – znów po asfalcie, dokręciliśmy do Trzebnicy. Tak było miesiąc temu. A dziś? Zupełnie inna trasa i aura... ale o tym w następnym odcinku :)
 

Zakończenie sezonu

My, Szerszenie, uwielbiamy jeździć na naszych aluminiowych, a coraz częściej tez karbonowych rumakach, ale to nie zmienia faktu, ze co roku czekamy też na zakończenie sezonu. Czy to znaczy, że nadchodzi taki moment, że mamy dość? Bynajmniej! Po prostu coroczna impreza zakończeniowa jest taka fajna!

Tak też było i w tym roku. A cóż takiego się na niej dzieje, że ekscytujemy się nią jakiś czas przed i po samym wydarzeniu? Niektóre powody łatwo odgadnąć – wyżerka, popitka, jedna z niewielu okazji, aby spotkać (niemal) wszystkich członków klubu. Ale to nie wszystko. Oczywiście te aspekty są ważne, ale…

Od kilku lat na ową imprezę szczególnie niecierpliwie czekają osoby aspirujące do członkostwa, bo właśnie na niej ma miejsce pasowanie. Nie inaczej było tym razem! W naszym gronie oficjalnie powitaliśmy w tym roku:

  • Pawła Kurczaka
  • i Patryka Śniegulę.

Jednak nie był to koniec, a początek atrakcji. W dalszej części było obdarowywanie mniej i bardziej serio wybranymi prezencikami. I nie było na sali chyba nikogo, kto nie załapał by się na choć jeden z takich podarunków.



No i był też tort dla Szerszeni – rowerowy i płonący! I były wystąpienia: Prezesa, Ojca D., Mirka i innych. Jednak – ku naszemu żalowi – jednej osoby nam zabrakło. Wiele osób przygotowywało się bowiem na uczczenie 50-tych urodzin Gerarda, a ten bezwstydnie dał się rozłożyć jakiejś grypie i nie przybył… cóż było robić! Drugi tort został wystawiony na widok publiczny, następnie schowany, następnie… no… w każdym razie już go nie ma ;)



Jednak to wciąż nie wszystko! Jest pewne, że na sali były osoby, które czekały przede wszystkim na występ Movistaru Nowy Dwór. Ta frakcja od kilku lat poczyna sobie coraz śmielej. Zarówno pod względem sportowym, jak i artystycznym, czego kulminacją jest coroczna impreza.



Zbyt wiele na ten temat zdradzać jednak nie możemy, bo autorzy kilkukrotnie powtarzali formułkę dotyczącą praw autorskich ;)



Aż w końcu nadszedł wielki finał! Nasz klub zdobył coś jakby kolarską relikwię! Nie wiadomo dokładnie jak, którędy, dzięki komu, ale trafiła do nas oryginalna koszulka z autografem Mai Włoszczowskiej!!! Teraz zdobić będzie nasze Gniazdo i przypominać o osiągnięciach sportowych nie tylko Mai, ale wszystkich zawodników reprezentujących nasz kraj :)



A potem? Potem emocje nieco opadły, ale impreza trwała dalej, przechodząc już to tej fazy bardziej kulinarnej. Tak więc – warto było czekać! I choć od tamtego wieczoru minęły ledwie dwa tygodnie, są wśród nas tacy, którzy już zaczęli przygotowania do kolejnej biesiady, pod koniec 2017 roku… ;)

Na koniec tradycyjnie link do galerii.

 

PS. Z ostatniej chwili: do redakcji dotarła porcja około 200 zdjęć z imprezki, więc powstanie druga galeria, ale jeszcze nie dziś :)

Wyjazd integracyjny!

Wyjazd integracyjny... Nie kojarzyć z filmem! ...bo w przeciwieństwie do filmu, u nas to się działo!

Pomysł spotkania gdzieś w górach w okresie jesiennym to już nasza tradycja, a dopasowanie terminu trzydziestu kilku osobom, to wyczyn, jak wjazd rowerkiem na Prababkę w czasie 30 sekund – niby możliwe, ale na ten czas i w naszym gronie – jeszcze nie. Dlatego też niepełna grupa pojawia się na fotkach.

Spotkanie w pensjonacie w Szczytnej ustalono na 21 X – środek tzw. Złotej Polskiej Jesieni. Mimo poprzedzających tą datę mocno deszczowych dni weekend wypadł pogodowo wyśmienicie! Dopisała również frekwencja , bo ponad dwudziestu osobom udało się znaleźć na początek rzeczony pensjonat… Niby adres był, a kłopoty ustaleniem, gdzie stoi – wystąpiły. Wieczorną porą była zapowiedziana obiadokolacja, po niej debata, wszystko z planem się odbyło (amunicji nie zabrakło).

Rano w rześkim powietrzu (ok. zera), odparowały resztki pozostałości "amunicji", nastąpiło sprawowanie rowerów, odliczanie, fotka i Szerszonki ruszyły na wstępnie zarysowany cel wyjazdu. Podjazd Bobrowniki zaraz po wyjeździe z parkingu. Dla tych którzy pamiętają Klasyk Kłodzki z 2007-2008, ta nazwa przywołuje wspomnienia o skurczach, braku picia, mordędze – bo podjazd niczego sobie… a my ruszamy na świeżo i jakoś poszło. Pierwszy cel – Torfowisko pod Zieleńcem i – o dziwo – udało nam się trafić (tu się pochwalę, że mówiłem jak jechać).

Potem lasami i polami do Zieleńca, przystanek na kawę, której nie było…, zjazd do Dusznik, znowu na kawę… której nie było (demokratyczne do bólu głosowanie odrzuciło wniosek o wejście do lokalu celem napicia się gorącej kawy). Demokracja w postaci Mariusza Movistar, dodam. Udało się natomiast wypić pól zapasów wody zdrojowej Chopin w Pijalni Zdrój. Obecni przy tym kuracjusze patrzyli z niedowierzaniem, że tak można.

Ale warto było, bo zakończenie trasy było niczego sobie, i chłodnice, co niektórym grzały się do czerwoności. Trafiliśmy przez przypadek na podjazd … ok. 15-20 % przez kilkaset metrów. Koniec trasy to podjazd pod Szczytnik i zwiedzanie zamku.

W umówionym czasie dotarliśmy na miejsce, więc też co niektórzy uniknęli zwyczajowego tłumaczenia się ze spóźnienia swoim połowicom. Czekał już gorący obiad, a po nim debata…

Niedzielny wyjazd trochę w okrojonym składzie (nie powiem, że niektórzy skusili się możliwością dotarcia samochodem do Karłowa) skierował się na północ od Szczytnej – czyli do Karłowa i na Szczeliniec. Tam na deptaku przed kasą spotkaliśmy tych leniuszków – właśnie dotarli i baaardzo się zdziwili, że my już tu jesteśmy. Nie wypalił pomysł Mirka wchodzenia na Szczeliniec, za to do głosu doszedł Boguś, ale o tym za chwilę… Dodam tu, że wg Mirka ten przejazd miał być spacerkiem 3 godz. i jesteśmy z powrotem, tak mówił Żonie, co to do domu się spieszyła. A więc Boguś rzucił hasło: Pasterka! Na mapie – blisko, trochę w dół, a że po szlaku pieszym, po kamieniach, jakoś poszło, a dalej było tylko inaczej… Po co wracać tą samą drogą pod górę? Zjedźmy do Czech, a tam droga przez przełącz Ostra Góra. Dojazd do niej to niestety dreptanie w butach po pięknych, mokrych, oślizłych zielonych od glonów piaskowcach, nachylenie stoku tak ok. 45`, rower na ramieniu, fajnie! Wreszcie ekipa znalazła się w całości w dolnym punkcie trasy. Military Area wszędzie dookoła, ale jest jedna droga w górę i ją wybieramy – takie tam 4 km. Ale za to jakie kolory liści – Złota Polska Jesień – może ktoś to dostrzegł? Wiem, że nie wszyscy. Od Karłowa ponownie przejazd do Szczytnej, ale teraz już w dół, pędem, z łezką w oku (od zimna). Zeniu się gdzieś zapodział, a wracać bez Ojca Dyrektora nie wypada, ale czekać też nam się nie chciało, więc otworzyliśmy bank pomysłów, jak wytłumaczyć nieobecność (najdelikatniej – pojechał po kwiaty dla Żony). Koniec końców na 30 m. przed parkingiem się znalazł. Wjechaliśmy razem. Wyjazd udany.

red. Tomek

 

PS. Oczywiście jest też galeria :)